Po śmierci męża odkryłam, że mam pieniądze. Wiedziałam, że odkładał coś tam każdego miesiąca na jakieś specjalne ubezpieczenie, ale jako osoba cierpiąca na wstręt do wszelkich papierków, zbytnio w to nie wnikałam. Powtarzał tylko, że będziemy mieć na czarną godzinę... Spodziewałam się kilku tysiący, a okazało się, że jest tego więcej. Dużo więcej. Kiedy pomyślałam o wszystkich dniach, kiedy ledwie wiązałam koniec z końcem, kiedy brakowało na opłaty za prąd, na szkołę dla dzieci, na naprawę samochodu, to prawie szlag mnie trafił. Ale teraz byłam bogata.
A poczucie wolności rosło we mnie i popychało do rzeczy, o jakich wcześniej bym tylko myślała. Kilka lat wcześniej dostałam niewielki spadek po rodzicach. Po cichu kupiłam kawałe ziemi w Puszczy, na skraju Suwalszczyzny. Kiedy mąż się o tym dowiedział, zrobił piekło, ale sprawa już była zamknięta.
Nie wiem, co mnie tak urzekło w tym kawałeczku lasu i śródleśnej łące zarośniętej krzaczorami z resztkami fundamentów gajówki spalonej jeszcze w wojnę. Wiem tylko, że nie mogłam się stamtąd ruszyć. Kiedy mi było ciężko, wystarczyło tylko zamknąć oczy i przenieść się tam.
Wówczas kosztowało to jakieś śmieszne grosze, kilkanaście tysięcy za prawie trzy hektary. Obecnie warte jest o wiele więcej, ale dla mnie od początku było bezcenne. Moje własne miejsce, mój tajemniczy zakątek z dala od wszystkiego i wszystkich ludzi. Odwiedzałam go rzadko, ale był. Wtedy tyle mi wystarczyło. Teraz zapragnęłam tam przenieść się na stałe.
Dom i gospodarstwo przekazałam dzieciom, a właściwie córce Danusi i jej chłopakowi. Od dawna by już przyjechali do domu, gdyby nie wieczne napięcia między nimi, a moim mężem. Kochali się z córką, ale zawsze były konflikty. Nigdy mu nie odpowiadało, kim jest, ani co robi. Ona też nie mogła znieść jego despotycznych zapędów.
Wyrwłla się do liceum, potem na studia. Przyjeżdżała z radością i wyjeżdżała z ulgą. A teraz ze swoim chłopakiem utrzymywali się z dorywczych prac, bo na stałe nie było zatrudnienia, więc choć kilka lat temu nie chciała słyszeć o powrocie na wieś, teraz było to dla nich zbawieniem. Duży, ciepły dom, gospodarstwo szkółkarskie, możliwości założenia dowolnej hodowli albo działalności. Arek ma smykałkę do pracy w drewnie, może będzie coś dłubał?
Załatwiłam pozwolenie na budowę, z racji istnienia fundamentów było dość proste. Najgorzej było z obejściem sprawy mediów, bo na działce nie ma prądu. Ale i to dało się obejść. Kupiłam stary drewniany dom, taki maleńki, dwuizbowy. Znajomy cieśla rozebrał go na kawałki i przewieźliśmy go traktorami na moją działkę. Prowadzi do niej zarośnięty dukt, a właściwie ślad po dukcie. Ale daliśmy radę. Spróchniałe belki zostały wymienione (tak po cichu mówiąc, prawie cały domeczek jest nowy, ze starego zostało kilka belek i drzwi, w których jestem zakochana). Wykopaliśmy też studnię, a Leszk, mój syn, zamontował mi taką sprytną ręczną pompę, że mogę w domu pompować do zbiornika na strychu. Postawiliśmy kaflową kuchnię z piecem, który grzeje też wodę. Oraz szopkę na kurnik i różne sprzęty z wiatą na drewno.
I oto powód pisania tego pamiętnika - jutro wyprowadzam się. Odlatuję na swoje i za nic mam te cmokania i wydziwiania, że jak to - bez prądu, bez drogi, bez ludzi, bez samochodu, sama jedna. A ja wybrałam wolność. Oczywiście, jeśli któreś z dzieci będzie mnie potrzebować, to się stawię na wezwanie, ale wygląda, że oni świetnie sobie radzą beze mnie.
To już jutro! Prawie pękam z podniecenia. Spać na pewno nie będę, pożegnam się z tymi wszystkimi latami, z domem, który przecież kocham, z ogrodem, ze zwierzakami. Przejdę się pod księżycem. A jutro zaczynam od nowa!
Nasze życie jest pasmem wielkich niespodzianek ,które z łez przeradza się w możliwość spełnienia największego swojego marzenia.Marzenia które niesie ze sobą porywy serca i spokój duszy swojej .
OdpowiedzUsuń