Stary traktorek trzęsie się i pyrka jak samowar, ale dzielnie pokonuje koleiny leśnego duktu. Drzewa gładzą go wyciągniętymi rękoma, próbują zatrzymać. Przejeżdżamy między dwoma ogromnymi świerkami i oto jest. Moja polana, kochana, wita mnie z radością. Na prawo na nieco podwyższonym skraju zagroda, na lewo, w części podmokłej staw przysłonięty krzewami. Stop, dalej nie należy jechać. Przy bramie strząsam z siebie pył i niepokój świata i wchodzę w królestwo ciszy i harmonii. Dzieciaki, wymięte i wytrzęsione po tej podróży na przyczepie traktora, między tłumokami z pościelą i skrzynkami z zapasami, też otrząsają się jak zmokłe psy. I nagle cichną, rozglądają się wokoło. Chcę wierzyć, że one też czują wyjątkowość tego miejsca.
Następnie spokojnie wchodzimy w tę ciszę i radość. Szeroko otwieram drzwi maleńkiego domku, wnosimy te ostatnio przywiezione sprzęty i zapasy. Większość mebli stoi już na swoich miejscach, więc to tylko ostatnie zapasy i niezbędniki. Gdzieś opadła z nas cała gorączkowość. Dobrze nam, nie spieszymy się. Kury lądują w kurniku z porządnie osiatkowanym wybiegiem, dostają wodę i ziarno. Ja zapalam samowar, pijemy herbatę na ganku, przegryzamy przywiezionymi kanapkami. Chłopcy sprawdzają te wszystkie sprytne urządzenia, które mi tu zamontowali, żeby mi było łatwiej żyć. Wszystko działa, a jakżeby inaczej. I ręczna pompa na wodę, która pompuje ją do zbiornika na strychu, i słoneczne baterie do ładowania laptopa albo oświetlenia domu wieczorem, i lampki ledowe tego oświetlenia. Ha, dzięki tym kolorowym lampkom będę miała nastrój Bożego Narodzenia przez cały czas!
Potem idziemy nad staw. Jako że słońce zniża się na zachód, światło jest niesamowite. Rybki wyskakują na powierzchnię, łowiąc nisko latające o tej porze owady. Cienie drzew lesnych zbliżają się do wody i wchodzą do niej powolutku, jak wstydliwe podlotki. woda z opalizująco różowo-fioletowej robi się zielono-brązowa. Czas się pożegnać. Dzieciaki pojadą traktprkiem do najbliższej wsi, oddadzą go właścicielowi, a same samochodem wrócą do siebie. To tylko 30 kilometrów, w sumie za mniej niż godzinę powinni być w domu.
Zakładam drąg w miejscu między dwoma świerkami, które służą mi za bramę. Powoli wracam do domu.
Wróciłaś do domu po długiej nieobecności ciałem i duszą ale czy tak jest ?? czy tylko ciało znalazło wreszcie swą pozostawioną tu duszę?. Jesteś u siebie ,już spokojna i jak szczęśliwa....
OdpowiedzUsuńMam wrażenie, że całe życie żyłam dla innych - rodziców, nauczycieli, przełozonych, męża, dzieci, uczniów, sąsiadów. Ciągle dyspozycyjna, zawsze zaradna, schludna, wspierająca. Dawało mi to satysfakcję, ale miałam wrażenie, że zjadają moją duszę po trochu, że nie żyję naprawdę. Teraz chcę żyć dla samego życia, choć trochę. chcę wsłuchać się w szum wiatru, pieśń drzew. To moja wiara. Bóg do mnie przemawia w ten sposób, mam to od dzieciństwa. Byłam za to krytykowana i strofowana, ale teraz już nic z tego sobie nie robię. Mam swoje marzenie, swoją łupinkę-chałupinkę i nareszcie czuję życie!
OdpowiedzUsuńZnam to uczucie które i dla mnie jest tak bliskie ,jak bicie własnego serca w piersi mojej .
OdpowiedzUsuńPodziwiam cię, i troszkę zazdroszczę....ja, tak jak ty żyję ciągle dla wszystkich, dla dzieci, męża, despotycznego ojca i mamy nie ukrywającej że moją siostrę kocha bardziej, sąsiadów...nie uchylam się przed obowiązkami i oczekiwaniami innych, tylko na mnie samą brakuje już czasu i miejsca, zgubiłam gdzieś siebie po drodze.
OdpowiedzUsuńTo niebezpieczeństwo wszystkie nas, kobiety, dotyka. Może byś spróbowała znaleźć sobie jakiś kącik, jakąś swoją własną plażę w tym wszystkim? Choćby na trochę? wiesz, kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze mieszkałam gdzie indziej, w mieście i byłam młodą mamą, to miałam taki obrazek z polną drogą, ginącą gdzieś za pagórkiem. Kiedy było mi ciężko, to patrzyłam na niego i widziałam siebie, jak idą tą drogą do miejsca, które jest tylko moje. Tam zaszywałam się i odpoczywałam. W końcu doszłam, po wielu latach....
OdpowiedzUsuń