Wczoraj Lulu urodziła szczeniaczki. Poród miała ciężki, aż bałam się, czy sobie poradzę. Przyzwyczajona byłam do lekkich, prawie mimowolnych porodów moich suk i kotek, a tu rozpaczliwe piszczenie, leżenie na boku i dwa szczeniaki które próbowały wyjść jednocześnie. Dobrze, że telefon miałam naładowany, udało mi się skonsultować ze znajomym weterynarzem. Według jego wskazówek jednego delitatnie podtrzymywałam, a drugiego wyciągałam. Jakoś poszło, dwa czarne pieski z białą łatką na gardle. Potem urodził się jeszcze trzeci, łaciaty, ale ten nie przeżył. Z dwu pozostałych jeden jest wyraźnie mniejszy od drugiego i trochę słabszy, ale trzyma się życia z uporem.
Cała szpicowata rodzinka leży na miękkiej słomie koło pieca, biedna Lulu słaba i obolała, ale troskliwa. Psiaki mają narazie gładką sierść i przypominają miniaturowe molosy, ziewają paszczami zbyt dużymi jak na takie maleństwa i chwytają mnie za palce. Cud życia.
Na dworze wstrętna chlapa. Zdegustowane nią kury nie chcą wychodzić z kurnika. Mnie też sen morzy, więc poza koniecznym obrządkiem, rozpalaniem w piecu i przygotowaniem czegoś do jedzenia leniuchuję i śpię jak niemowlę. Na szczęscie Lulu dba o czystość szczeniąt (słomę zmieniam im w skrzynce codziennie), a sama prosi donośnie, kiedy chce wyjść.
Narodziny zawsze są cudem ale nie zawsze łatwe .Dobrze mieć pomocną dłoń i troskliwe serce w tym czasie.
OdpowiedzUsuń