Wczoraj Lulu rozbawiła mnie do łez. Otóż budzę się rano słysząc delikatne chrapanie tuż przy uchu. Miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie i śpię obok mego męża. On tak pochrapywał, delikatnie. Budzę się na dobre i widzę Lulu w łóżku obok mnie. Łebek na poduszce, cała psinka leży na wznak, przednie łapki przyciśnięte do piersi i złożone pobożnie, tylne wyciągnięte wzdłuż razem z kudłatym ogonkiem i pochrapuje szczęśliwie. Patrzę na jej wydatny brzuszek i coś mi nie gra. Ten brzuszek żyje własnym życiem, porusza się i podskakuje. Przykładam rękę. O święta naiwności! Jak ja nie mogłam zauważyć, że ona jest szczenna! Wyraźnie czuję małe, obłe kształty. Co najmniej dwa, a może nawet cztery. Mam wytłumaczenie dla jej apetytu i ociężałości w pokonywaniu schodów.
No cóż, przygotowuję legowiska do wyboru. I tak nie mam zbyt wiele pracy, bo codzienne spacery zajmują mi tylko 3-4 godziny. Nie wiem, co się we mnie przestawiło, ale ja, którą dawniej wołami nikt by nie wyciągnął przy brzydkiej pogodzie z domu, teraz nie mogę się obejść bez codziennej wędrówki. Nie uprawiam sportu i nie liczę ani czasu, ani dystansu. W ogóle wszelkie pojęcie rywalizacji i zwycięstwa choćby nad samą sobą jest mi wstrętne. Po prostu staram się odzyskać sprawność fizyczną, zgubić te dziesiątki zbędnych kilogramów bez forsowania się. Po prostu żyć i cieszyć się sprawnością, którą mam.
Przygotowuję się na poród Lulu. Nie wiem sama kiedy pokochałam to stworzenie. Ona pierwsza mnie pokochała i wybrała. Muszę skonsultowac się z weterynarzem, tylko nie wiem z jakim... do wszystkich mi znanych mam zaufanie mocno ograniczone.
Tak w życiu już jest że to co piękne i nowe to nas zaskakuje .
OdpowiedzUsuń