Dziś dzień mego ulubionego świętego, czyli Franciszka z Asyżu. Jakoś nie chciało mi się iść do lasu, może dlatego, że wczoraj przemaszerowałam z 10 kilometrów. Niewiele znalazłam grzybów, tylko trochę borówek przyniosłam. więc dziś byczyłam się w warzywniku. Z tym warzywnikiem to śmieszna sprawa, bo był już tu wtedy, kiedy jeszcze nie było domu. Najpierw grządki najbardziej oddalone, żeby nie przeszkadzać cieślom. Teraz podchodzi pod sam dom, widzę go przez okna od południa i zachodu.
Ziemia była tu słabiutka, kwaśna. Zrobiłam więc wały permakulturowe, kilka skrzyń i ogromny kompost. Powoli, po kawałeczku wybierałam perz z ziemi, nastepnie kopałam płytki ró, do którego wrzucałam gałęzie, liście, wszystkie wyrwane chwasty bez korzeni i przytargany gnój. Przykrywałam ten nabój ziemią. Jeśli wał był zrobiony jesienią, to na wiosnę można było na nim sadzić praktycznie wszystko, jeśli wiosną, to tylko te warzywa, które nie boją się nierozłożonego obornika - dynie, ziemniaki, selery. A na brzegu wału kapusta.
W głębi widać foliak na pomidory. W naszym klimacie praktycznie nie sposób dochować się ich w glebie z powodu zarazy ziemniacznej, więc choc nie lubię folii, musiałam się z nią pogodzić. Bo bardzo, ale to bardzo lubię pomidory, hi hi hi.
Mój warzywnik nie jest specjalnie uporządkowany, ale lubię go. Daje mi obfitość świeżych warzyw i zapasy do piwniczki. Jest w nim ciepło, zacisznie i pachnąco. Otoczony jest żywopłotem z krzewów, dalej jest łąka z krzakczorami i las. Z jednej strony posiałam słoneczniki. Muszę walczyć o pestki z ptakami, dlatego niektóre słonecznikowe głowy zostały owinięte szmatkami.
Zdjęcie zrobiłam jeszcze latem, dzisiaj już wygląda inaczej. Kapusta ścięta i część zjedzona, a część zakiszona. A dziś na obiad miałam skorzonerę, która na zdjęciu jest jeszcze malutka.
To zielone za kapustą to nie krzew, tylko kompost porosnięty facelią (oraz niezłą ilością chwastów).
A to druga strona warzywnika i żywopłot ze szparagów od strony wschodniej. On był chyba pierwszy, ten żywopłot. Raz wygrzebały mi go dziki, wtedy też zaczęłam grodzić warzywnik, czym popadnie.
Wrotycz (te żółte kwiatki) ma właściwości owadobójcze. Kiedyś niszczono nim pchły i wszy, a teraz wyciągiem wodnym z jego liści i kwiatów można niszczyć mszyce i gąsienice bielinka. Pachnące ostro bukiety wieszam też na ganku dla ochrony przed muchami i komarami.
Aksamitki natomiast są rośliną pułapkową dla nicieni, uzdrawiają glebę. Lubię też ich zapach, chociaz on nie każdemu odpowiada.
Chodzę wśród grządek i nacieszyć się nie mogę ,widok tak wspaniały gdzie kwiaty jak królowe pysznią się między warzywami .Rosną razem ,po sąsiedzku i nie kłócą się ale wspierają się ,bronią jak mogą przed intruzami co mają ochotę na ich sąsiada :-))
OdpowiedzUsuńSadząc moje warzywa przestrzegam sąsiedztwa roślin, widzę, że też je znasz. One są jak ludzie - jedne się lubią wzajemnie, inne nie, a jeszcze inne są dla siebie obojętne.
OdpowiedzUsuń