Poszłam wczoraj znowu do lasu, te wyprawy to dla mnie już prawie jak narkotyk. Od pewnego czasu, wzorem mojej Babci, zabieram ze sobą butelkę wody i coś do zjedzenia i na szczęście. Dziś bardzo się przydało.
Zawędrowałam aż w okolice asfaltówki, przedzierałam się przez krzaki w poszukiwaniu kani (grzybów, nie ptaków), kiedy usłyszałam cichutki pisk-nie pisk, płacz-nie płacz. Zaczęłam się rozglądać, szukać. No i w rowie znalazłam takie coś. Psiaczek maleńki, biały w rude plamki, kudłaty. Kudełki zmechacone, posklejane. Krew sączy się z łapek. Chude toto, lekuchne, tylko brzuszek wzdęty. Przypadłam do biedactwa, ostrożnie nieco, a ono nie ma siły sie podnieść, ale języczek wyciągnęło i liznęło mnie w rękę.
Nalałam wody w zagłębienie dłoni, spróbowało języczkiem dwa razy i dalej leży. Pokruszyłam więc trochę chleba z serem. Malutko, bo nie można zagłodzonemu dawać dużo jeść, żeby się nie rozchorował. Zjadła (bo zdążyłam sprawdzić, że to sunia). No, jest dla niej nadzieja.
Wzięłam biedę za pazuchę i ruszyłam do domu, przystając częst po drodze, żeby znowu dać jej zlizać kilka okruszyn czy trochę wody. Po godzinie wydawała się żywsza, zrobiła ładnie siusiu i dawała radę utrzymać się na trzęsących łapkach. Maleństwo takie, trójkątny pyszczek, duże, sterczące, trójkątne uszka, maleńkie ciałko, drobne łapki. Całość nie waży nawet dwóch kilo.
W domu dostała trochę zupy (tak ze dwie stołowe łyżki) i zasnęła na szmatce przy piecu. Zajęłam się swoją herbatą, trochę sprzątałam, a tu słyszę cichutkie szczeknięcie. Mała bieda stoi u drzwi na dwór, ogonek, puszysty jak u wiewiórki zwisa jej do podłogi i wyraźnie prosi. Wyniosłam ją na podwórko, zrobiła, co miała do zrobienia. Na szczęście nie ma biegunki, trochę tylko rozwolnienia. Rozczuliła mnie próbując wejść po schodach na ganek. To takieś ty psiątko, w domu chowane. I ten ktoś, kto cię w domu trzymał i pewnie pieścił i nauczył porządku, wywiózł cię do lasu i wyrzucił, jak śmiecia. A ty masz ciągle kochające serduszko i nawet na progu śmierci ufasz ludziom. Przytuliłam maleństwo, a ono tym razem polizało mnie zdecydowanie po brodzie.
Reszta wieczoru zeszła nam w podobny sposób - malutkie porcje pokarmu, sen, wyprawa na dwór (to ostatnie tylko dwa razy). W końcu ja też poszłam spać.
Dziś rano zbudziło mnie ciągnięcie za rękę i popiskiwanie. Stał się cud natury. Psiaczek wczoraj jeszcze słabiutki i prawie konający, dziś stał pewnie na łapkach i delikatnie ząbkami ciągnął mnie za rękę. Przyjrzałam się tym ząbkom. Nie taki to szczeniaczek, jak myślałam. Raczej dorosły, choć młody pies, a raczej sunia.
Dziś rano podładowałam laptopa i spędziłam sporo czasu w necie, próbując ustalić rasę. Najbardziej podobna jest do szpica miniaturki, ale niezupełnie identyczna. Mieszanka szpica i "ciułały"? Albo szpica i yorka? Trudno powiedzieć. Ma przodozgryz i lekko wyłupiaste oczka, ale jest ładna i rozczulająca. Dziś ogonek nosi zwinięty w obwarzanek na plecach, jak prawdziwy szpic.
Na wszelki wypadek sprawdziłam też ogłoszenia, czy nikt jej nie szuka. Ale nie, nikomu nie brakuje psiaka w typie szpica...
Nie mam w domu mięsa, mleka ani białego sera. Muszę wsiąść na swego stalowego rumaka i pomknąć do wsi, zanim zamkną sklepik. Lulu (bo tak nazwałam maleńką) poczeka w tym czasie w szopie, z moim przepoconym podkoszulkiem za towarzystwo, coby nie czuła się opuszczona.
Nie zbadane są ludzkie drogi i dokąd nas poprowadzą i co na nich spotkamy. Najważniejsze że do domu a czy sami wrócimy ?? to już nasza decyzja .
OdpowiedzUsuńBożenko. Lulu była autentycznie naszą radością i dawcą miłości. Nigdy w swoim długim życiu nie spotkałam podobnego psa, z wyjątkiem jej syna.
OdpowiedzUsuńCzasem mam wrażenie , że te odratowane psinki są jeszcze bardziej kochające niż inne. Sama miałam psiaka ze schroniska, i gdy zabierałam go do domu, było widać autentyczną radość w jego oczach jak u szczęśliwego dziecka. Nigdy tego nie zapomnę.
OdpowiedzUsuń